W pierwszej kolejności dobijamy do Vlory - miasto ładne, ale mega turystyczne. Żadna frajda, wiec szybko uciekamy dalej. Mamy już upatrzone miejsce, którego nie znajdziesz w żadnym przewodniku. To Vuno, mała mieścina pomiędzy Vlorą a Sarandą, oczywiście i tutaj znajdziesz podróżników, ale tylko wybrani wiedzą jak tam dotrzeć...
Jednak aby się dostać na południe, trzeba przebić się przez góry, na wysokości ponad 1000 mnpm panuje zupełnie inny klimat, chmury przewalają się przez szczyty, a w oddali widać greckie wyspy. Tutaj łączy się Adriatyk z Morzem Jońskim.
Prawdę mówiąc już przygotowani byliśmy na to, że utkniemy we Vlorze, jednak dzięki pomocy Idy, jak zwykle bardzo uprzejmej Albanki, która przetransportowała nas swoim Opelkiem Corsą przez góry udało się nam dotrzeć do Vuno o zmierzchu.
Ida zatrzymywała się niemalże na każdym tarasie widokowym, żebym mógł zrobić zdjęcie, otwierała okienka i puszczała muzyczkę dla odpowiedniego klimatu :) A to wszytko dla dwóch autostopowiczów, którzy dociążając samochód swoimi osobami i wcale nielekkimi plecakami spowodowali, że silnik się zagrzał i z chłodnicy buchnęły kłęby pary... Postój w górach, całe szczęście było gdzie zaczerpnąć wody do bańki.
Ida! Many thanks for your help and your hospitality :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz