W kraju oliwek oliwki się jada, największe bija nasze orzechy włoskie, na początku myślałem sobie... ale małe śliwki sprzedają, hehehe.
Mała przerwa na kawę? Obowiązkowo w tygielku, uśmiech z czarnymi dropami na zębach to tutaj norma.
Docieramy do starego targowiska z zamierzchłych czasów. Kiedyś skupiało ponad 300 cech i rzemieślników, a każdy miał swoją ulicę. Dziś to już nie to samo, tylko 70 specjalności, ale wciąż zaskakuje widok kolesia robiącego kuchenkę a-la koza na kowadle z młotkiem w reku. Krawcowie, szewcy i wszystkie inne dawno zapomniane zawody tutaj jeszcze maja się dobrze. Całe szczęście, bo to tworzy niesamowity klimat. Do czasu zapewne... ery made in china.
Papryka jak okiem sięgnąć, na talerzach również. Przy okazji robienia zdjęć dostajemy warzywa gratis. Dłużej popatrzyłem na banana a już mi go dają w prezencie. Tak bez kasy, o co chodzi? Ja szczęśliwy i oni tez, wszyscy się śmieją.
Chwila ochłody w fontannie.
Wieczorami immam nawołuje z minaretów,a 200m dalej lupie muza z dyskoteki. To się nazywa nowoczesność. Ile w Polsce musi być metrów od kościoła żeby alkohol kupić???? Mimo mieszanki tylu kultur i zaszłości etnicznych wszyscy mają zdrowe podejście do relacji kulturowych i multi religijności.
A wieczorem zwykła fontanna zamieniła się w świecące i latające ufo. Robi wrażenie, do tego muzyka przyprawiająca o ciarki, coś jak beduin grający wężom ukrytym w wiklinowym koszu. Węże? no to my spadamy....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz