A na obiadek pewnie będzie baranina ;) Zwierzaka w pewnym sensie ukatrupili przez pomyłkę, bo pewna Skandynawka, nota bene wegetarianka, spytała gospodarzy `can I meet a sheep?` z zamiarem pobawienia się z sierściuchami. A gospodarze wypowiadając swoje nieśmiertelne `no problem, no problem` buch zwierza na grzbiet i ciach po gardle. Potem się okazało, że zrozumieli `can I EAT a sheep`. No cóż, co się odwlecze to nie uciecze, w końcu baranki w górach nie są do zabawy, czy też do ściągania dotacji na agroturystykę...
Podróż w dół rzeki okazała się opłacalna, widoki zapierały dech w piersiach. Robiłem zdjęcie i sam nie mogłem uwierzyć, w to, co mi się pokazywało na wyświetlaczu - to tak jakby makieta teatralna w tle z tolkienowską scenerią, prosto z planu filmowego.
Dotarliśmy do wodospadu, to nagroda za naszą wędrówkę i ciężkie krople potu na czole. Bryza, mgła z górskiej wody, która miała 8 stopni ciepła była jak relaksujący balsam na spieczone twarze i ramiona. Czas się zatrzymał, po prostu nie chciało się wracać. Opierałem się namowom na zejśćie do doliny, jednak sztywny grafik zakładał, że jeszcze dziś wieczorem będziemy w Szkodrze.
Wędrówka w dół strumyczka, aż dziw bierze jak woda potrafi sobie utorować drogę.
W oddali masywy górskie, białe, wyglądające zupełnie jak pokryte śniegiem. Jednak to są po prostu surowe skały, to minerały sprawiają wrażenie zalegającego lodowca. Widoki wręcz nierealne. Swoją drogą myślę sobie, jeśli w Afganistanie jest choć odrobinę podobnie, to cywilizowani ludzie nigdy nie dadzą rady partyzantce, chłopom, którzy na bosaka okutani w szmatę i z kijkiem w ręku oraz kałachem na plecach przemierzają te tereny, skały które znają od urodzenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz