wtorek, 16 sierpnia 2011

Land Rovering w gory

Nasz transport wygląda całkiem ok jak na tutejsze warunki, widać Brytyjczycy nieźle się spisali konstruując Land Rovera. Zapakowani, z zapasem maki, kaszy i browarów dla turystów na gorze ruszamy z miasta.



Kierowca ledwo co gada po angielsku, mówiąc szczerze generalnie ledwo co gada... szczerzy się tylko i zaciąga jak osiołki z Vuno, które wyjadały nam śmieci z kosza. Driver wciąga hot doga prując szutrowa trasa z non stop wciśniętym klaksonem. Jazda to prawdziwy zastrzyk adrenaliny. Nie potrzebujemy podwójnego espresso żeby serce zaczęło bić cztery razy szybciej.








Góry wyrastają z zupełnie płaskiego terenu i wystrzelają w gore na 2 - 3 tys metrów. Czujemy już smak Theth, górskie powietrze i arabska muzyka z głośników Landa wprawia nas w odpowiedni klimat.







Tutaj jeszcze asfalt, ale za chwile wrzucimy napęd na 4 kola i zacznie się wspinaczka, szutrowa ścieżką i nachylenia do 30%. Wooow!






W miejscowosci Boga (ładnie brzmi, hmm?) zatrzymujemy się niby na kawkę, ale faktycznie chodziło o to, że driver musiał przedyskutować swoje prywatne sprawy z kolegami. Emmmm, ale co to? Zza paska jego spodni wystaje klamka. Kasia dosłownie drętwieje. Ja niby uspokajając mówię, eee, to pewnie w obronie przed niedźwiedziami w górach, choć sam w to do końca nie wierzę.




No i parę widoczków zapierających dech w piersiach, droga robi się wąska, driver tłumaczy nam - tutaj zabił się mój brat spadając w przepaść, a tutaj parę lat temu spadł bus z 12 turystami. All dead. Kaput. I szczerzy zęby. My czujemy się jak po kolejnych czterech espresso.

















W drodze nawiązuję kontakt, pół na migi, pół po rusku, gadamy o pistoletach. Okazuje się, że bron kierowcy to chińska konstrukcja. W Jugosławii była wojna, prawie każdy ma w domu jakiś karabin lub granat. W górach każdy. Mijamy się z innym busem, pogadanka przez okno, jak to w Albanii, driver wyciąga spod tyłka poduszkę, na której siedział (pod nią trzymał gnata w czasie jazdy) i podaje przez okno. Macha tez żelastwem przed nosem kolegi i coś wyszczekuje pytająca, tamten sięga pod swój tylek i wyciąga identycznego gnata i odszczekuje potwierdzająco [w wolnym tłumaczeniu: a pistola tez chcesz? nie, mam własnego] i obaj suszą zęby wraz z nami i turystami z drugiego auta - nie ma to jak się głupio zaśmiać gdy nie wiesz o co chodzi...





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz